czwartek, 25 kwietnia 2019

WIĘŹ, Anna Lewicka


   „Więź” to książka, która pozornie zapowiada się bardzo dobrze – przepiękna okładka, która zdecydowanie przyciąga wzrok nie tylko zagorzałej okładkowej sroki; opis, po którego przeczytaniu czuje się zapach zimowych gór i ma się nadzieję na powieść utrzymaną właśnie w tym klimacie z dodatkową nutką intrygującej tajemniczości. Ponadto możemy przygotować się na historię o zabarwieniu stricte romantycznym, bo przecież główna bohaterka spotyka na swojej drodze przystojnego, samotnego mężczyznę (a raczej to on natyka się na nią, przy okazji ratując ją przed rychłą śmiercią).
Co więc poszło nie tak? Niestety, ale sporo rzeczy…

„Nie można było się przecież zgubić, jeśli nie miało się dokąd iść”


   Ważna sprawa, choć nie najważniejsza, ale zdecydowanie zmieniająca odbiór powieści: bardzo wyraźny wątek z mitologią słowiańską.
   Czy mam coś do niej? Absolutnie nie! Jednak ani trochę nie spodziewałam się jej w tej akurat książce, przez co z początku myślałam tylko o tym, że chciałam romans, miałam ochotę na taki typowy romans-romans, a dostałam jakieś oderwane od moich oczekiwań pogańskie rytuały.
Jednak idąc parę kroków dalej okazało się, że głównie to właśnie ten nieoczekiwany wątek uchronił książkę od całkowitej, druzgocącej klęski. Jakby nie spojrzeć, to zabawna sytuacja, bo coś, czego nie powinno w niej być – uratowało ją.
    A więc brak wspomnienia o tym w opisie to plus czy minus – moim zdaniem zdecydowanie minus, ale dla wielbicieli tym klimatów jest to sytuacja „do przełknięcia” (ale ci, którzy chcą wspomniany wcześniej stricte romans nie będzie to odpowiednia lektura).

„Wiedział dobrze, że ludzie przychodzą i odchodzą, że każdy jest właściwie tylko przechodniem w życiu innych. Ale uważał, że jeśli ma się obok siebie osoby, za które bierze się odpowiedzialność, to nie wolno ich zostawić, kiedy robi się niewygodnie, nie wolno niszczyć ich jeszcze bardziej.”

   Najważniejszą częścią każdej książki są oczywiście występujące w niej postacie, bo to od nich w głównej mierze zależy czy będziemy czuć sympatię i poznawać ich losy z ciekawością, czy wręcz przeciwnie – życzyć jak najgorzej i czuć nieodzowną irytację wszystkim, co z nimi związane.
   Główna bohaterka „Więzi” jest zdecydowanie tym drugim typem, ponieważ jej lekkomyślność, brak rozwagi i jakiegokolwiek taktu, a także pewnego rodzaju toksyczność, bo naprawdę nie wiem, jak opisać to inaczej, niezwykle silnie daje się we znaki czytelnikowi, co sprawia, że albo śmieje się w głos nad głupimi poczynaniami Alicji – jak ja - albo po prostu odkłada powieść i stara się o niej szybko zapomnieć.
   Nad Wiktorem nie będę się zbytnio rozwodzić, ponieważ gdy o nim myślę, to czuję jedynie rozczarowanie. Z początku walczył dzielnie, zachowywał się całkiem rozważnie, aż ten delikatny domek z kart zwany opanowaniem po prostu spłonął w szale namiętności, którego nawet śnieżna zamieć nie zdołałaby zgasić…

„Problem jednak w tym, że kiedy ktoś udowadnia otoczeniu, że jest silny, inni zaczynają to traktować jako coś oczywistego i już nie pozwalają komuś takiemu na słabość, oczekując zawsze, że będzie się zachowywać dojrzale. Zapominają, że osoba z pozoru silna też czasem potrzebuje odrobiny opieki i wsparcia.”

   Historia opisana przez Annę Lewicką okazała się najprościej w świecie nudna, bo nie wiem jak opisać ją inaczej. Mam wrażenie, iż czytając tę książkę w mojej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień odpowiedzialny za jakiekolwiek emocje, ot, czytałam, a raczej śledziłam tekst bez większego zaangażowania, bo nic mnie do tego nie zachęcało. Z tego co pamiętam, to były w tej książce próby zaskoczenia czytelnika, jednak naprawdę kiepskie i przewidywalne.
   Do samego pióra autorki mam stosunek właściwie żaden, kompletnie ambiwalentny. Nie jest złe, raczej przeciętne, jednak zdecydowanie za dużo w nim opisów wszystkiego,  przez co łatwo stracić zainteresowanie lekturą tak samo, jak i przez górnolotne rozmyślania bohaterów prowadzące donikąd.
   „Więź” miała być „pełną magii historią o przeznaczeniu i miłości dwojga ludzi, których z pozoru dzieli niemal wszystko”, a niestety okazała się powieścią wypełnioną głupotą, nudą i irytacją, w której nie znajduję właściwie żadnego punktu zaczepienia, aby tę książkę komukolwiek polecić, bo to niestety kompletne marnotrawstwo czasu.

1 komentarz:

  1. Czytałam tą książkę już jakiś czas temu ale chyba właśnie przez tą głupotę i śmieszne dla mnie rytuały ją tak dobrze zapamiętałam XD
    W pełni zgadzam się z Twoją recenzją :)
    Grovebooks

    OdpowiedzUsuń