Tytuł oryginalny: The Silver Swan
Autorka: Amo Jones
Cykl: Elite King's Club (tom I)
Liczba stron: 333
Wydawnictwo: Kobiece
Madison nie ma zbyt prostego życia, choć pochodzi z bogatego domu - przez pracę swojego ojca musi ciągle się przenosić i nigdzie nie jest w stanie zagrzać miejsca.
Kiedy jej matka popełnia samobójstwo, a tata ponownie się żeni, dziewczyna znów musi się przeprowadzić... Lecz tym razem wydaje się, że nareszcie znalazła swoje miejsce, gdzie może zacząć wszystko od nowa.
Do czasu.
Już pierwszego dnia szkoły, Madi wpada w oko przywódcy Elite King's Club - grupie groźnych chłopaków, którzy stali się panami tego miejsca. Dziewczyna jeszcze nie wie, jakie sekrety kryją ci młodzi mężczyźni, ani jaką cenę będzie musiała zapłacić za targającą nią ciekawość oraz zakazane uczucia do jednego z nich.
„Możesz nas nie znać, ale my znamy ciebie. Zagrajmy w grę. Oto, co cię czeka, gdy przegrasz...”
Świetna promocja, bardzo ładne wydanie (szczególnie wnętrze!), opis zwiastujący lekką, niezobowiązującą opowieść na góra dwa wieczory - tak na pierwszy rzut oka prezentuje się „Srebrny łabędź”... No właśnie, na pierwszy rzut oka. Niestety później jest tylko gorzej. (Mnie wryła już sama dedykacja, a moja reakcja wyglądała mniej więcej tak: Ach, a więc to TAKA książka...)
Dlaczego? Zapraszam do zapoznania się z wpisem. 😉
„(...) chłód pomaga zachować czujność.”
Madison Montgomery to bogata nastolatka, której nie brakuje niczego, chociaż kilka rzeczy z chęcią by zmieniła. Typowa-nietypowa dziewczyna odnajduje przyjemność w chodzeniu na strzelnicę i wyjazdach na biwaki z tatą. Ojciec Madi jednak dużo pracuje i często wyjeżdża w sprawach służbowych... tylko że okazuje się, iż to nie zawsze są spotkania dotyczące pracy, a kochanki mężczyzny. Gdy matka dziewczyny pewnego dnia nakrywa męża na zdradzie, nie wytrzymuje psychicznie - bierze broń córki i oddaje dwa strzały sięgające kochanki i jej samej.
Po tym wydarzeniu, nastolatka jest zmuszona przeprowadzić się w inne miejsce. Wydawałoby się - nowe miejsce to nowy początek, ale nie w tym wypadku, bo już pierwszego dnia nowej szkoły wszyscy wiedzą wszystko o przeszłości uczennicy, a na domiar złego wpada ona w oko liderowi szkolnej elity, zwanej Elite King's Club.
O Bishopie krążą różne opowieści, ale z pewnością prawdą jest to, że to osoba pozbawiona strachu i jakichkolwiek skrupułów, która bierze to, co chce, nie zostawiając nic w zamian. Młody mężczyzna roztacza wokół siebie aurę tajemniczości i pewnego rodzaju niepokoju, co już przy pierwszym spotkaniu zauważa Madison. Dziewczyna jeszcze nie wie, że pewien zbieg okoliczności sprawi, iż piekielnie przystojny i niepokojący Bishop stanie się dość częstym gościem w jej nowym domu...
Usiądźcie wygodnie, a ja opowiem Wam o największym przekleństwie tej powieści, jaką są właśnie jej bohaterowie. Bohaterowie tak bezbarwni, nieciekawi i najprościej w świecie infantylni oraz głupi, że mam ochotę po prostu wyrzucić książkę przez okno, gdy tylko sobie o nich przypominam. Raczej nie umiem określić słowami, jak bardzo denerwowało mnie zachowanie głównej bohaterki, która nie potrafiła zdecydować się czy jednak kogoś kocha, czy nienawidzi. Biorąc pod uwagę historię opisaną przez Amo Jones, Madison powinna się bać kilku osób - mowa tutaj oczywiście o całym Elite King's Club, jakżeby inaczej - a w zamian za to zakochuje się w Bishopie, który najwidoczniej ma skłonności sadystyczne. Dziewczyna, choć z początku pokazywała pazury, ostatecznie przepadła w ramionach chłopaka (stając się ciepłą kluchą bez prawa głosu), co w żadnym razie nie powinno być uważane za spoiler, bo to rzecz wiadoma od samego początku. Młody mężczyzna, jak już wspominałam, bierze, co chce - brak mu delikatności czy ogólnej ogłady i, o dziwo, trzyma fason bad boya przez całą powieść... A to szkoda! Wykorzystywanie kobiet dla własnych celów, bycie wrednym, nieokrzesanym bucem może podobać się innym dziewczynom, ale mnie ten bohater doprowadzał do białej gorączki. Jemu, całej szkolnej elicie, Madison i wszystkim innym bohaterom tej książki mówię stanowcze, głośne nie!
Po tym wydarzeniu, nastolatka jest zmuszona przeprowadzić się w inne miejsce. Wydawałoby się - nowe miejsce to nowy początek, ale nie w tym wypadku, bo już pierwszego dnia nowej szkoły wszyscy wiedzą wszystko o przeszłości uczennicy, a na domiar złego wpada ona w oko liderowi szkolnej elity, zwanej Elite King's Club.
O Bishopie krążą różne opowieści, ale z pewnością prawdą jest to, że to osoba pozbawiona strachu i jakichkolwiek skrupułów, która bierze to, co chce, nie zostawiając nic w zamian. Młody mężczyzna roztacza wokół siebie aurę tajemniczości i pewnego rodzaju niepokoju, co już przy pierwszym spotkaniu zauważa Madison. Dziewczyna jeszcze nie wie, że pewien zbieg okoliczności sprawi, iż piekielnie przystojny i niepokojący Bishop stanie się dość częstym gościem w jej nowym domu...
Usiądźcie wygodnie, a ja opowiem Wam o największym przekleństwie tej powieści, jaką są właśnie jej bohaterowie. Bohaterowie tak bezbarwni, nieciekawi i najprościej w świecie infantylni oraz głupi, że mam ochotę po prostu wyrzucić książkę przez okno, gdy tylko sobie o nich przypominam. Raczej nie umiem określić słowami, jak bardzo denerwowało mnie zachowanie głównej bohaterki, która nie potrafiła zdecydować się czy jednak kogoś kocha, czy nienawidzi. Biorąc pod uwagę historię opisaną przez Amo Jones, Madison powinna się bać kilku osób - mowa tutaj oczywiście o całym Elite King's Club, jakżeby inaczej - a w zamian za to zakochuje się w Bishopie, który najwidoczniej ma skłonności sadystyczne. Dziewczyna, choć z początku pokazywała pazury, ostatecznie przepadła w ramionach chłopaka (stając się ciepłą kluchą bez prawa głosu), co w żadnym razie nie powinno być uważane za spoiler, bo to rzecz wiadoma od samego początku. Młody mężczyzna, jak już wspominałam, bierze, co chce - brak mu delikatności czy ogólnej ogłady i, o dziwo, trzyma fason bad boya przez całą powieść... A to szkoda! Wykorzystywanie kobiet dla własnych celów, bycie wrednym, nieokrzesanym bucem może podobać się innym dziewczynom, ale mnie ten bohater doprowadzał do białej gorączki. Jemu, całej szkolnej elicie, Madison i wszystkim innym bohaterom tej książki mówię stanowcze, głośne nie! „Biblioteka ma w sobie coś magicznego. Jest niczym portal do wielu różnych światów.”
Amo Jones pisze bardzo, ale to bardzo prosto, wplątując w swoją powieść ogrom słowa kicia w odniesieniu do Madison (nudne po 5-tym użyciu, irytujące po 10-tym, do wyrzucenia książki w siną dal po 15-tym, a to przecież nie koniec), ogrom wulgaryzmów i ogólnej bezwstydności oraz absurdów fabularnych... Jednak, koniec końców, dość przyjemnie i błyskawicznie mi się tę książkę czytało ze względu na niezobowiązującą historię „romantyczną” zakrawającą trochę na thriller, trochę na sensację i Bóg jeden wie, co jeszcze. Nie wniosła ona nic a nic do mojego życia, no, może oprócz przestrogi tego, jak mam się nie zachowywać. Nigdy. Przenigdy. (W tym miejscu muszę się przyznać do tego, że jakoś po 50 stronach tej książki doszłam do wniosku, że nie potrafię jej traktować zbyt serio i wmówiłam sobie, że czytam wattpadowego fanfika. 😂 Och, jak bardzo ułatwiło mi to odbiór tego utworu literackiego!)
Najbardziej rzucającym się w oczy aspektem tej powieści w moim odczuciu były relacje między bohaterami - ich przebieg i tempo. Popatrzmy na to: dziewczyna jest pierwszy raz w nowej szkole, spotyka się z jakąś uczennicą, wymieniają kilka słów i hop - na drugi dzień już są przyjaciółkami. Nie znajomymi, koleżankami, ale przyjaciółkami! Znowu nie wiem jak Wy, może jestem staroświecka czy coś, ale uważam, że przyjaźń nie bierze się z powietrza, ale z dłuższego czasu poznawania drugiej osoby, budowania zaufania etc. Bardzo podobały mi się - tak, to sarkazm - również relacje Nate-Madison oraz Bishop-Madison, które zakrawały na, bo ja wiem, trochę molestowanie seksualne, trochę zastraszanie, trochę... Ech.
„Srebrny łabędź” nie jest samymi minusami, nie martwcie się! W fabułę wplątano bardzo ciekawy wątek opowiadający legendę Elite King's Club - nie, nie szkolnego gangu, ale grupy mężczyzn, po których bohaterowie przyjęli nazwę. Podobało mi się stopniowe odkrywanie tej historii, bo przyciągała ona czytelnika do jej dalszego poznawania. Samo zakończenie książki było związane z tą opowieścią, dzięki czemu i ono u mnie zapunktowało, ratując ogólną ocenę książki.
„- Dlaczego jest tyle sekretów? (...)
- Na tym świecie sekrety to broń, kiciu. One właśnie dzielą nas od sześciu stóp pod ziemią.”
A więc podsumujmy to całe moje masło maślane. „Srebrny łabędź” to książką, którą oczywiście można przeczytać, jednak zachowując dystans i nie spodziewając się po niej nie wiadomo jakiej perły. Dość marnie wykreowane postacie, fabuła, podczas śledzenia której często nie wiadomo co się w ogóle dzieje, a i pióro autorki niezbyt satysfakcjonuje. Niemniej wiem, że sporej części czytelników ta powieść się spodobała - szanuję to, jednak ja nie widzę w niej niczego specjalnego.
Jeśli masz wolny wieczór, przeczytaj. Jeśli jesteś chociaż trochę podobny do mnie, Czytelniku, to z pewnością docenisz lekkimi uśmiechami pod nosem czy nawet gromkim śmiechem absurdalność tej pozycji.
~Wilcza Dama
Za możliwość poznania tej powieści serdecznie dziękuję
PS. Mam zamiar sięgnąć po II część tej książki, bo liczę na to, że znajdę w niej w końcu to coś. 😉



Kiciu?! To naprawdę słaba ksywka. Myślę, że już przez to byłoby mi ciężko ją czytać XD
OdpowiedzUsuńRaczej nie będę tracić czasu na tą lekturę :)
Pozdrawiam i zapraszam do mnie :)
Grovebooks
Prawda? Mnie okropnie zniechęcała, ale cóż - jakoś dałam radę. ;)
Usuń