czwartek, 28 grudnia 2017

MIŁOŚĆ, KTÓRA PRZEŁAMAŁA ŚWIAT, Emily Henry

Tytuł: Miłość, która przełamała świat
Tytuł oryginału: The Love That Split the World
Liczba stron: 415
Wydawnictwo: YA!

Natalie Cleary znaczącą część swojego życia spędza w Kentucky, skąd los i czas nieubłaganie chcą ją wypędzić na studia do innego miasta.
Ostatnie lato w rodzinnym domu, którego dni z początku toczą się spokojnie, jest znaczącym przełomem w życiu dziewczyny, ponieważ zaczyna ona zauważać różne dziwne rzeczy... Czy to możliwe, aby budynki zmieniały swój kształt, przedmioty kolory, a niektóre miejsca po prostu rozmywały się w powietrzu zamieniając na coś innego?
To niestety nie jedyne niepokojące Nat problemy - pewnej nocy przychodzi do niej tajemnicza postać, która przekazuje jej wiadomość: „Masz tylko trzy miesiące, aby go uratować”. O co i o kogo może chodzić? Czy nowo poznany chłopak, Beau, ma z tym wszystkim coś wspólnego?



„Nie ma nic bardziej przerażającego niż miłość”

Zacznijmy od tego, że ta okładka jest piękna... Prawda? (No i kojarzy mi się z Pink Floydem i ich płytą The Dark Side of the Moon, ale mniejsza o to ;D.) Myślę, że niejedna Okładkowa Sroka mogła stracić dla niej głowę, no bo nie oszukujmy się zbytnio - największe piękno zwykle tkwi w prostocie.♥
No, ale nie przyszłam tutaj prawić o tym, co na zewnątrz - szkoda! - lecz o tym, co ta książka tak naprawdę w sobie kryje, a kryje całkiem sporo, bo i spójności, i nieścisłości. O co chodzi? Przekonacie się w dalszej części wpisu. ;)

„Dziwna sprawa, kiedy przynależy się jednocześnie do dwóch światów: czasem człowiek ma wrażenie, jakby nie należał do żadnego.”

          Główną bohaterką historii - i jednocześnie narratorką - jest Natalie Cleary. Dziewczyna ma indiańskie korzenie, jednak nigdy nie dane było jej dorastać z biologiczną matką, ani tak naprawdę jej poznać - została adoptowana, gdy miała tylko 11 dni i obdarzona wielką miłością nowej rodziny. Pomimo tego nigdy nie zapomniała, że nie przynależy w pełni do rodu Cleary i od najmłodszych lat stara się odnaleźć swoje prawdziwe korzenie, co jest dość problematyczne, bo nie wie o tej innej wersji siebie tak naprawdę nic... No i tutaj zaczynają się schody, ponieważ chciałabym o tej postaci opowiedzieć więcej, ale nie chciałabym też nadto jej przed Wami odsłaniać - przejdę więc może do konkretów. Otóż pewnej nocy przychodzi do niej postać zwana Babcią, która mówi Nat, że ma trzy miesiące aby „go” ocalić. Od tego czasu dziewczyna miewa dziwne halucynacje, przez które zmienia się jej otoczenie. Jakiś czas po tych wydarzeniach, bohaterka w przedziwny sposób spotyka na swojej drodze Beau Wilkesa, z którym szybko się zaprzyjaźnia i próbuje dociec, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.
          Natalie nie zyskała mojej sympatii. Nie mówię, że była to do cna nijaka czy zła postać, bo to nie prawda, ale po prostu jej nie polubiłam. Od samego początku powieści jej zachowanie wydawało mi się trochę dziecinne i nieodpowiedzialne, a niektóre sytuacje z jej udziałem - irytujące. Otrzymała odpowiedzialną misję, z którą nie do końca potrafiła sobie poradzić, pomimo otrzymania kilku wskazówek. Nie trzeba być Sherlockiem, aby połączyć ze sobą to i owo... Choć muszę przyznać, iż imponowała mi swoją zaciętością w poszukiwaniu siebie i swojej historii, to to by było wszystko, co mogę o niej pozytywnego powiedzieć. No, może jeszcze to, że była oddana swojej miłości ponad wszystko, i że to właśnie dzięki tej cesze książka nosi taki, a nie inny wdzięczny tytuł: Miłość, która przełamała świat.
          O wiele bardziej polubiłam Beau; jego dojrzałość zaprawiona szaleństwem miłości, delikatność, ale też siła były czymś, czego ta historia potrzebowała; czymś, co dawało jej poczucie równowagi między charakterami bohaterów tak głównych jak i pobocznych (którzy, swoją drogą, zostali bardzo dobrze wykreowani i stali się ważną częścią tej powieści).

„(...) miłość oznacza, że zrezygnowalibyśmy dla kogoś z całego świata, a kiedy ktoś nas kocha, to tak, jakbyśmy mogli mu zaofiarować cały świat.”

          Fabuła książki jest ciekawa, wciągająca i przede wszystkim inna, choć jak wiadomo - wszystko zwykle sprowadza się do miłości, a tak też było i w tym przypadku. Miłość, która przełamała świat jest tak naprawdę młodzieżówą z drobinami - mega dużymi - science fiction, powieści paranormalnej, psychologicznej oraz romansu. Niemniej, najbardziej zainteresował mnie rozwój wątku paranormalnego, który zawsze działa na mnie jak... jak... jak... Kurczę! Nie mogę znaleźć żadnego sensownego porównania. Albo dobra, mam - jak miodek na Kubusia Puchatka :D! (Więc teraz z pewnością wiecie, że pałam do niego naprawdę wieeelkim uczuciem ☺.) Wracając do tematu - na początku było niesamowicie dobrze pod tym względem, klimat zjaw, równoległych światów - coś fantastycznego!, ale później został on zepchnięty na boczne tory, bo przecież trzeba było gdzieś wcisnąć odrobinę zbyt nachalne w drugiej połowie książki Miłość rośnie wokół nas. Nie żebym bardzo narzekała, bo mam duszę romantyczki, ale cóż, smutno mi, bo to, co stało się później sprawiło, że chciałam krzyczeć.
           Co się stało? To się stało, że autorka zepchnęła główną domenę powieści na boczne tory i za bardzo zajęła się relacją łączącą głównych bohaterów. Pod koniec książki przypomniała sobie ona, że trzeba co nieco wyjaśnić, przez co ostatnie strony Miłości, która przełamała świat stały się tak boleśnie chaotyczne, iż na ich wspomnienie zaczyna boleć mnie serce - gdyby pani Henry rozłożyła wszystko równomiernie, nie przysłaniała jednego wątku drugim, ta książka mogłaby być jedną z najlepszych lektur przeczytanych w tym roku... A tu bolesny klops :(.

„Dorosnąć oznacza kochać. A kochać oznacza umrzeć.”


          Bardzo lubię styl pisania Emily Henry, bo jest prosty, ale nie brak mu pewnego rodzaju zwiewności, dzięki czemu kartka leci za kartką i naprawdę trudno je zatrzymać. Autorka posługuje się masą porównań ułatwiających wyobrażenie sobie wielu rzeczy i miejsc, co okazało się przydatne podczas lektury Miłości, która przełamała świat. Ponadto, opowiada nam ona niesamowite indiańskie legendy zaczerpnięte z prawdziwych źródeł - nigdy bym się o to nie posądzała, ale gdy tylko będę miała okazję to poszukam zbiorów takich plemiennych opowieści i z pewnością je poznam. ♥
         Jedynym zastrzeżeniem okazuje się tzw. przeze mnie naukowy bełkot - niby książka dla młodzieży, niby napisana prostym językiem, ale okazuje się, że nie do końca. Niektóre momenty historii czytała z wielkim pytajnikiem w głowie, ponieważ nie potrafiłam nijak objąć czy złapać danych mi informacji - za dużo, zbyt chaotycznie, po prostu nie.
          Ale czekam. Z niecierpliwością czekam, aby poznać kolejne powieści napisane przez Emily opowiadającą swoje nowe historie, ponieważ ma ona jedno z przyjemniejszych piór wśród autorów tworzących młodzieżówki - nie przekombinowany, niezbyt wymagający, ale też nie ogłupiający, czyli taki, który wręcz uwielbiam.

„Czasami najpiękniejsze chwile naszego życia to te, które najbardziej bolą w danym momencie. Dopiero u samego końca, kiedy spoglądamy w przeszłość, widzimy, czym naprawdę był.”


          Miłość, która przełamała świat ma w sobie to coś co sprawia, że trudno się od niej oderwać. Jest drogą wiecznych upadków i powstań; tak samo jak główna bohaterka poszukiwała swojego własnego ja, tak i ta powieść próbowała odnaleźć ten jeden główny gatunek, w którym czułaby się najlepiej - cóż, nie do końca się udało, ale nie zmienia to faktu, że lektura tej książki była świetnie spędzonym czasem.
          Jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć, to mogę zagwarantować Wam coś, co wciągnie Was do swojego(swoich) świata(światów) z naprawdę wielką siłą, nie będzie chciała oddać przez dobrych kilka godzin i nauczy, jak ważne jest odnalezienie siebie w chaosie zwanym życie.


~Wilcza Dama

Za możliwość poznania tej historii gorąco dziękuję




Ps. Dochodzi 3.30, więc miejcie dla mnie litość, jeśli znajdziecie ogrom błędów - z góry bardzo dziękuję! ☺

4 komentarze:

  1. Przewijała się wielokrotnie ta książka przez Instagram i za każdym razem czytałam inną o niej opinię. Zdecydowanie okładka przykuwa uwagę, z chęcią ją kiedyś przeczytam. Czuję, że to mój klimat 👌

    Pozdrawiam
    Bookwormpl.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście - dość sporo jej tam było...
      A więc życzę miłej lektury, jak już się do niej dobierzesz. ;)

      Usuń